_blog derdad
A Ty? 2012-01-27

A Ty jak chciałbyś umrzeć?

Jak? gdzie? z kim? ... szybko? we śnie? z miłości?

I gdybyś wiedział ze zostało Ci kilka tygodni życia, to na czym byś się skupił? Czego chciał? O co prosił?

Pamiętam, że jako nastolata jeszcze, uparcie twierdziłam, że spakowałabym plecak, wszystkie oszczędności wydała na bilet dookoła świata i nie oglądając się za siebie ruszyła w nieznane..

A żywota dokonałabym nad brzegiem oceanu czując rozgrzany piasek pod bosymi stopami i gorące promienie słońca na skórze.

Koniecznie. Dużo słońca.
heh, sprytne, co?

Okej, a teraz mała symulacja.. I osadzę ją w dużo bardziej realistycznych okolicznościach przyrody.. Ready?

Wyobraź sobie, że właśnie dowiedziałeś się, że masz przed sobą ... niech będzie.. 6 tygodni życia.
Półtora miesiąca na sfinalizowanie wszystkich pomysłów, które kołaczą Ci się po głowie, do realizacji w bliżej nieokreślonej przyszłości.. Tej najczęściej precyzowanej z dokładnością do 'kiedyś'...

Ciut ponad miesiąc na powiedzenie wszystkiego, co chcesz, spotkanie wszystkich ludzi, przeczytanie wszystkich książek, przesłuchanie wszystkich płyt, zobaczenie wszystkich miejsc, posmakowanie wszystkich potraw..

..przeżycie wszystkich emocji i uczuć..

Co wybierasz?

Nie ułatwię Ci zadania..

Nie, nie masz nieograniczonego budżetu. Powiedzmy.. kilka stów w kieszeni.. Tylko. Niestety, nic nie spadło z nieba..

I załóż sobie, że jesteś niepełnoletni.. Albo - jeśli trudno Ci wrócić do tamtej epoki, pomyśl, że jesteś częściowo ubezwłasnowolniony.. Nie decydujesz sam o sobie. Każdy Twój ruch wymaga zaangażowania i aprobaty bliskich. Działasz, jakby matka patrzyła Ci na ręce..

Aha, i nie, nie jesteś w szczytowej formie. Jesteś obolały, zmęczony i bez sił.

Nie przykuwam Cię do szpitalnego łóżka, ale miej na uwadze, że codziennie rano musisz przyjąć końską dawkę prochów, która skutecznie otumania Cię na dobre kilka godzin. W zamian kojąc ból i tamując krew. Żeby nie wypływała uchem na przykład i żebyś nie mdlał co kilka kroków..

Jak tam?
...

Jestem sobie z tymi myślami już kilka dni i kompletnie nie potrafię się odnaleźć w takim scenariuszu. Kompletnie.

Obijam się o totalnie skrajne pomysły.. Miotam między 'zamówieniem' księdza, a worka najlepszej dostępnej koki.. I wszystkim, co pomiędzy..

Albo dochodzę do wniosku, że nie chciałabym robić zupełnie nic.. Nikogo nie widzieć, nic nie mówić. Tylko wyspokoić się w sobie nieruchomo patrząc w okno.. Sama.

Albo przeciwnie, że poprosiłabym o przeznaczenie wszystkich pieniędzy na.. rachunek za telefon. (?!!)
Żebym zdążyła wszystko wszystkim powiedzieć. Żeby nie było niedomówień, żeby nie umknęły te małe wielkie rzeczy, prowokujące mnie do wybrania właśnie tego konkretnego numeru.
.. standardowo.. kilka przepraszam, kilka wybaczam, wiele dziękuję i że bardzo kocham. I że pamiętam.

Nie wiem.

Czy takie rozważania, uskuteczniane tylko abstrakcyjnie, z perspektywy domowego zacisza, laptopa na kolanach i parującej kawy na stoliku obok w ogóle cokolwiek wnoszą? Coś porządkują?

A gdyby nastąpiła prawdziwa konfrontacja? Ile by zostało..?

Jestem za cienka w uszach, żeby polemizować co jest ważne, a co jednak ważniejsze.
I nie potrafię określić kiedy zapada decyzja i jak się zmienia - z czasem, z zanikającą zdolnością do stania na własnych nogach, z coraz płytszym oddechem i głębszą świadomością.. ani od czego zależy najbardziej.

I co tak naprawdę sprawia, że szczytem marzeń staje się .. choćby konsola do gier.

hm.


dziś 2012-01-24

Jezu. I tak stoję na tym przystanku już pół godziny. Gdzieś na wygwizdowiu pod Hajnołką. Kolejne trzy kwadranse przede mną.
I trzęsę się z zimna. Aż tak od środka. I zębiska mi szczękają, a z gardła samo wydobywa się rozgrzewające (?) rrrrrrrr yyyyy dydydydyyd...
Ciemno. Już dawno ciemno. I pada śnieg. Ale j a k pada. Tak pada.. Tak..

Nachalnie, bezpardonowo, mięsiście.. Jakby miał się nigdy nie wypadać..

Jezuu jak zimno. Przestępuję z nogi na nogę w rytm drącego mi się w uszach Princa. Lipa co? Trzy dychy na karku i słuchać Princa. heh;) A niech
tam, uwielbiam tę piosenkę i już. Na maxa. Akustyczny Purple rain na cały regulator wdziera się w moje zmarznięte czerwone uszy a ja dreptam
sobie w miejscu.. 'I never meeeeaaant too cause you...' Nom, podryguję sobie.. Dy dy dydyy dy..
..ale tak bardziej na prawą nogę tuptam,bo czuję że lewą skarpetkę mam kompletnie przemoczoną i zlodowaciałą. Brr..

Aaale biało:)

Dokoła jakieś pola.. zapuchowione.. dalej kilka domów w śniegowych czapach.

Unoszę głowę. Pięknie:) Czarne niebo w roztańczone białe ciapki. mm:) Zamykam oczy i czuję jak zimne gwiazdki łaskoczą mnie w policzki aż do
uśmiechu... by za chwilę rozpłynąć się w łzy.

I właśnie tak mi jest. Śmieszno - strasznie..

Taki niesamowity dzień. Gdzieś, nie wiadomo gdzie, w starej chacie z piecem kaflowym. I herbą w szklankach. Przy stole z haftowanym obrusem
i pleśniakiem z zakalcem. Z małym i jego mamą.

I uśmiecham się do tych skrępowanych własną ciekawością dziecięcych pytań, i niedowierzających , nieufnych, zmęczonych maminych oczu.
I do niewinnie łapczywego uśmiechu..

Że można pomarzyć ?? ..i że można wymarzyć cokolwiek się zechce!? Cokolwiek?!!

I że jak to się w tym bloku, tymi kredkami narysuje, tak po prostu, może być nawet koślawo, to to się spełni!?

I do tych motorów z nieproporcjonalnie wielkimi kołami i żużlowca w niebieskim kasku.

..I do tych waciaków na wieszaku i płóciennego worka kartofli pod kuchennym stołem..

ciepło:)

A za chwilę chce mi się ryczeć, bo przecież wiem... Wiem, że to dzisiejsze jak gdyby nigdy nic, to nieprawda. To znaczy prawda, ale tylko dziś.
A wczoraj i jutro już nie. Jak gdyby nie bolało, jakby on nie bał się kolejnych igieł a ona nie układała codziennie nastu tabletek w kolorowe buźki.
Do śniadania. Z tą herbatą w tych szklankach.

I jakby można było sobie samemu wsiąść w pociąg i na takie motocrossy pojechać. A nie, że nie ma kasy, albo że świnie trzeba codziennie nakarmić.. Durne świnie, codziennie chcą jeść..
I jakby w ogóle były na to wszystko siły..


I tak sobie stoję na tym pekaesowym przystanku, na tym końcu świata, w tych mokrych butach. I telepiąc się zaciskam sine usta.. W tej wszechogarniającej bieli.. Z wrzeszczącym mi do ucha Princem,
gębą wzniesioną do nieba i głową pełną myśli..


I to jest właśnie ten moment. Ta chwila, co to tylko one są w życiu takie. Tu i teraz. Po to.

Żeby dziś było częściej.


Marząca Derda - początek 2012-01-06

:)

Łaziiiiłooooo to za mną, wierciiiiłooooo dziuuręęę w brzuuchuuu, spać nie dawało, uchem wpełzało. Albo okiem. No i wlazło. Na amen.

Znowu!!

Wolontariuszowanie w sensie.

Ba! I sie nawet wzięło i zalęgło i kosmatymi mackami powczepiało w myśli. Że ja to mam teraz szukać. I czytać. I szperać. I znaleźć!!!! I jeszcze sie z tego cieszyć!!!

Ło matko.

No to co robić,sama chciałam, to mam!

Teraz to trzeba udomowić stwora, nakarmić czasem, na spacer wyprowadzić. Jak znów w nawyk wejdzie, to będzie łatwiej.

Se wymysliłam, heh. Ale... ponoć najtrudniejszy pierwszy krok, a ten juz za mną.

Ależ mnie radocha ogarła:)))


Derda na dziko - fim 2011-07-12

Jutro wylatuję.

Dziś wieczorem popatrzę w niebo i zapytam czy baranek zjadł różę.

Tak czy nie.

I zobaczę jak cały świat się dla mnie zmienia.


werandowanie;) 2011-07-07

cieeeezzzzkoooo mi bedzie odwyknac;)

https://picasaweb.google.com/100710369855594699934/Werandowanie#


zatrzymana chwila 2011-07-05

Znacie to uczucie, które ogarnia czasami człowieka późnym latem, gdy powietrze ma ten niesamowity słoneczny smak, ospałe rozmowy toczą się przyciszonymi glosami, a błogość niemal namacalnie otula wszystko dokoła? .. Uwielbiam w takie dni wyrwać się za miasto, na zielone, usiąść na pachnącej trawie, gdzie co chwilę pcha się na mnie jakaś szalona mrówka, w zęby wziąć gładko wyciągnięte z otuliny słodkawe źdźbło i gapić się przed siebie. ...Przy odrobinie szczęścia w zasięgu wzroku znajdzie się zazwyczaj jakaś krasula albo inna szkapa, żeby zawiesić na niej oko…. Roztrzepany ogon kręcący ósemki w rytm kolejnych ugryzień zielonogrzbietych much, ucho śledzące każde nowe bzyczenie, skóra spinająca się w dreszczach pod zębami gzów.. Brzmi znajomo?..I te śmieszne chrapy z trzema-czterema włosami drgające w poszukiwaniu co lepszego ostu czy koniczyny…

………………

Wyglądam za okno, słońce gaśnie powolutku na różowiejącym niebie, senność ogarnęła Bissau.. Sąsiedzi pozaszywali się w chatach na popołudniową drzemkę, a ja snuję się po domu ciesząc stopy zimnem posadzki.. Przystaję pod oknem; mój wzrok ślizga się po zmurszałym drzewie, omiata barak, z którego smętnie zwiesza się resztka słomianego dachu… Cicho.. Po chwili dopiero, kątem oka rejestruję jakąś niemrawą aktywność przy studni.. Drgający nochal, spazmatyczne ruchy szarej sierści.. Ucho radarem obracające się wokół o sto osiemdziesiąt stopni… Ogon zakończony kilkucentymetrowym pędzlem nieśpiesznie, wahadłowo huśtający się na boki… Nioch nioch, chrum , pfff, chrr.. Przed moim domem, leniwie postękując, chrząkając i trzepocząc bezczelnie długimi rzęsami pasie się Grubachna. Pocieszna.. Powolna.. Ogromniasta.. Tupta w miejscu.. krok do przodu, dwa grzeby raciczką, raz prawą raz lewą.. Pół kroku w tył.. Tu podgryzie gałązkę, tu wykopie korzonki… i najwyraźniej niektóre są o niebo bardziej smakowite niż inne, bo raz na jakiś czas wzdycha i żując zamyka w ekstazie oczy..


Tak mi spokojnie..


popoludnie, dzien jak co dzien:) 2011-06-30

https://picasaweb.google.com/100710369855594699934/DzienJakCoDzien#

-----------------------------------------------------------------------------------------------------
Afrykańskie kibelki: stan: 3930 zł.- ..i Warszawa sie dolaczyla;)) dzieki!!!

Oficjalnie zamykam akcje kibelkowa.

Wszystkim, ktorym ja wsparli baaaarrrdzzzooooo serdecznie dziekuje:)))

..W imieniu Braimy z rodzina, bo na pewno wykorzystaja te ´Gwiazdke w lipcu´ z pomyslunkiem - i wlasnym, bo bylo to dla mnie naprawde wazne..

Dowod przelewu porozsylam mejlowo:)

DZIEKI DZIEKI DZIEKI DZIEKI DZIEKI DZIEKI DZIEKI DZIEKI DZIEKI DZIEKI:)

Ale to wspaniale uczucie:DDD


..no to Ci pomogę.. 2011-06-27

Nie ruszałam tego tematu do tej pory, bo..się nie czułam na siłach po prostu.. Dalej niekoniecznie jestem pewna swoich kompetencji żeby się sensownie w tej kwestii wypowiedzieć..

..albo raczej jestem pewna, że mam w glowie straszny mętlik i plątaninę tysięcy myśli.. więc jedyne co mogę zrobić to to wszystko z siebie po prostu wylać..

No to proszzz..

...

Generalnie słabizna straszna.

Nie, że pomocy dla Gwinei Bissau nie ma – wydawałoby się, że wręcz przeciwnie.. W centrum miasta, na co trzecim budynku gryzie w oczy szyld organizacji pozarządowej, fundacji czy innych ‘pomagaczy’...

Na początku myślałam ‘Ok, świat dobrych ludzi nie zapomniał o tym miejscu zapomnianym przez Boga’ ale..

Po wielu rozmowach z miejscowymi różnej maści – od nauczycieli począwszy, przez mocno zaangażowanego w politykę Armanda (męża Moniki), po rodziców moich dzieci(heh!), a na sąsiadach (tych poniżej 7 roku życia też!) kończąc, zniechęcenie i niewiara mnie ogarnęły.

Wychodzi na to, że 90 % stowarzyszeń to założone lata temu, dawno już nie funkcjonujące , ‘papierowe’ instytucje, z których korzyści było tyle, że co sprytniejsi bogacze mogli sobie co nieco odpisać od podatku.. Zresztą w statutach połowy widnieją te same nazwiska.

Duże między narodowe organizacje z kolei – typu Unicef, ONZ, WHO słyną z tego, że..co roku wymieniają swoim pracownikom terenowe fury na nowe i średnio raz na tydzień urządzają spotkania na temat ..przyszłych zebrań…

..żeby omówić jak zmieniła się statystyka umieralności na HIV i malarię ‘wśród dzieci do lat 5, z terenów wiejskich’ na przykład.. (Wieczorki odbywają się oczywiście w najlepszych hotelach, przy czym koszt takiej jednonocnej popijawy równa się mniej więcej budżetowi remontu małej szkoły..)

…albo opracować plan szkoleń dla wyższych stołków, aby zwiększyć efektywność ich pracy.. typu ‘Nowe metody badań socjologicznych w zakresie kompilacji informacji dotyczącej ludności nieewidencjonowanej’ (nie tylko ja nie mam tu adresu..)..na Kanarach...

No comment. Krew mnie zalewa, ale ciągle chcę wierzyc, że mój mały móżdżek nie ogarnia powagi decyzji i działań obmyślanych przez nieco tęższe niż moja głowy tam na górze..

..Choć z drugiej strony – w szafie nie siedzę (sic!), jakby efekty były widoczne na ulicach, raczej bym zauważyła. Hm.



Nie mogę też nie wspomnieć o ciut mniejszych, hiszpańskich albo portugalskich organizacjach pozarządowych– jak choćby ta, w której działa Halea.. Ludzie z głową na karku, którzy wiedzą co robią, są miedzy ‘pospólstwem’, mają świadomość tego, czego miejscowym naprawdę potrzeba i nie wydziwiają z warsztatami typu ‘jak być kobietą spełnioną’ , tylko kopią studnie, rozdają prezerwatywy i kilometrami sprowadzają przecenione firanki, z których murzynki szyja ‘antymalaryczne’ moskitiery..

...

Kolejna odsłona to ludzie tacy jak ja – czyli wolontariusze dający po prostu swoj czas, energię, umiejętności. Załatwiający co mogą, jak mogą.

..Maria non stop siedzi we wnioskach o różne dofinansowania.. Dominik własnoręcznie poinstalował stare kompy i własno-młotkowo-gwoździowo zrobił porządek z kablami do netu.. Pura pracowała nad reportażem, który zamierzała pokazać kilku ‘mogącym’ osobom po powrocie.. Luis z Juanmą przekonali Portugalskie centrum kultury do podzielenia się zasobami biblioteki.. Ja też dołożyłam swoją cegiełkę..

Co kto może.. choć to kropla w bezdennym, ciemnym oceanie.

W Bissau wolontariuszy jest bardzo (stanowczo za) mało..

Szczerze, kto słyszał o wcześniej o Bissau?

Dla mnie samej, rok temu, po tym, jak dowiedziałam się o projekcie, pierwszą rzeczą do ogarnięcia była szybka wizyta na Google Earth… (El pamiętasz?)

Eh.

..

I w końcu, istnieje też niestety druga strona medalu..

Czymś co najbardziej spędza mi sen z powiek, jest fakt, że Afrykanie tu nie bardzo wiedzą jak ewentualną pomoc przyjąć…

500 lat portugalskiej mocno krwawej kolonizacji, ciągłe zamieszki, (zbyt) częste, rewolucyjne zmiany w rządzie i chyba ich mentalność po prostu nie pozwala widzieć szerszej perspektywy..

(…plus drobny fakt, że wszystko to jest jeszcze mocno przyprawione..czarami. W sprawach ważnych zwłaszcza, a w błahych – jeśli ma czas, rolę niepodważalnego źródła wiedzy i bezdyskusyjnej wyroczni pełni.. marabut (szaman)… I on raczej nie doradza żeby co nieco odkładać by za 15 lat dziecko powalczyło o lepszą przyszłość, o wykształcenie, tylko słono kasuje za garść paciorków i sesję okadzania.. albo podpowiedź, któremu drzewu złożyć w ofierze kozę żeby się lepiej działo..)

Nom.

Dam sobie rękę uciąć, że 99% Gwinejczyków z mojego otoczenia wolałoby jednorazowo dostać do ręki pieniądze, która UE wykładała tu na nasze (dalekie od luksusu przecież ) utrzymanie, zamiast pomyśleć, że może na przykład strona internetowa szkoły, którą stworzyliśmy, szkolenia nauczycieli, opracowane materiały dydaktyczne, czy kontakty, które nawiązaliśmy w poszukiwaniu kolejnych opcji i form realnego wsparcia – mogą przynieść kiedyś lepsze, długotrwałe efekty...

(Pomijam szczegóły typu horyzonto-poszerzające (?) codzienne zajęcia z dzieciakami, z których połowa nigdy wcześniej nie widziała z bliska białego człowieka…(z wyłączeniem drewnianych twarzy schowanych za przyciemnionymi szybami przemykających przez miasto wypasionych gablot..))

Nie umiem nawet powiedzieć czy aby dla samej dyrekcji i pracowników szkoły z całego przedsięwzięcia nie najważniejsze było to, że na projekt (czyli na – i za każdego wolontariusza) Unia dała pieniądze, z których ułamek – owszem, został wydany na nas dosłownie (bilety, ubezpieczenie, jedzenie, etc.), ale resztę można było przeznaczyć na inne potrzeby...

I naprawdę nie wiem, co w gruncie rzeczy liczyło sie bardziej.. nasza praca, czy fakt, że dzięki nam pensję miała też i Apasto, i kierowca szkolnego porszaka, i właściciel domu (za czynsz), i Luis Tipiti.. i że Wilson kasował za nowych uczniów, albo że w lokalnym sklepiku codziennie było zapotrzebowanie na chleb..

…co swoją drogą z jednej strony bardzo cieszyło, bo bez wątpienia wymiernie pomagało tym wszystkim ludziom, ale z drugiej strony z miejsca zrodziło dosyć niefajne wnioski, że byliśmy tylko ‘opakowaniem’ i w sumie fakt czy wypruwaliśmy sobie flaki czy leżeliśmy brzuchami do góry pozostawał tylko kwestią osobistej motywacji i sumienia..

...bo tak ogólnie to ważne, że kasa przyszła. Hm.



Zresztą, wcale się temu wszystkiemu nie dziwię.

Myślę, że jakbym nie miała co do garnka włożyć, jedno dziecko umierało mi na tyfus, pozostałych troje grzebało w śmieciach w poszukiwaniu jedzenia, a mąż od rana do nocy chlał kanę, to też bardziej by mnie interesowało jakby tu szybko dostać (ukraść?) choć ze 100 franków na mandiokę (‘podróbę’ ziemniaków), a nie czy za dwa lata szkole uda się kupić panele słoneczne, a za oszczędzone na energii pieniądze będzie można wybudować salę gimnastyczną dla uczniów.. hm.

..a gdyby nawet nie było u mnie tak źle i borykałabym się z mniej ekstremalnymi problemami (dzieci zdrowe; stać mnie na ryż na co dzień i rybę przy niedzieli, mój daleki kuzyn ma całkiem niezłą pracę, więc jest szansa że uda się wysłać choć jedną córkę do szkoły, a syn ma dryg do mechaniki, więc na lewo trochę dorobi..).. to czy tak bardzo obchodziłoby mnie kupno nowego ksera..? Czy może raczej starałabym się wykombinować tą rybę ze dwa razy w tygodniu? ..

..albo już w ogóle ‘różowy’ scenariusz.. oboje z mężem coś tam zarabiamy, za młodu udało się nam liznąć trochę szkoły, więc doceniamy wagę edukacji i patrzymy ciut dalej niż we własne garnki; dzieci dorobiliśmy się tylko dwoje (nie zakładając, że lepiej mieć pięcioro, bo dwójka statystycznie pewnie nie dożyje piątego roku życia…) i naprawde jesteśmy gotowi poświęcić calą krowę na rzecz minipracowni komputerowej w przyszłym roku...

…Problem w tym, że... co z tego, skoro reprezentujemy jakieś pół procenta społeczeństwa i nasze starania z miejsca toną w morzu analfabetycznego ubóstwa dokoła …?

...

Cholernie to wszystko trudne, wieloaspektowe i skomplikowane. I pomimo najszczerszych chęci znalezienia odpowiedzi na milion kotłujących się w mojej głowie pytań o sens i właściwą drogę zewnętrznej ingerencji w afrykańskie piekiełko, czuję się jak ślepiec w delirium, obijający się o gorące ściany śmierdzącego labiryntu. ..pełnego krwiożerczych, bezlitosnych komarów na dodatek.

O.

------------------------------------------------------------------------------------------------------
Afrykańskie kibelki: stan: 3730 zł.- HELP!


comebacking 2011-06-24

nom. bilet juz mam.
za szybko.

------------------------------------------------------------------------------------------------------
Afrykańskie kibelki: stan: 3730 zł.- ostatni gwizdek!


gdzie napadło mnie wzruszenie.. 2011-06-24

Zawiało mnie wczoraj ( w poszukiwaniu mopa, bo jak na ścierę na kolanach, to jednak trochę duży ten mój dom) do sklepu z gospodarstwem domowym. Takim dla pracowników rządowych i mafiosów chyba – bo wszystkie przedmioty straszyły kompletnie nieosiągalnymi dla przeciętnego Gwinejczyka cenami..

I tak sobie spacerowałam między regałami, opuszkami palców wodziłam po opływowych kształtach mikserów, gładkich uchwytach żelazek (takich z ‘duszą’ też!!) i przyjemnie chłodnych ekranach telewizorów ..

I nagle mój wzrok padł na urządzenie, którego widok rozczuleniem ścisnął mi gardło i łzami wypełnił oczy.. Tuż przy drzwiach stała piękna, zdobiona, wykończona w kolorze starego złota.. maszyna do szycia.. Taka z nożnym pedałem napędowym i ręcznym, rzeźbionym w wymyślne zawijasy, kołem do nawijania nici.. Podobna do tej, na jakiej kiedyś moja babcia szyła małe sukieneczki ze starych ubrań i której dźwięk już chyba zawsze będzie mi się kojarzył z dzieciństwem i wakacjami w Piotrkowie..

Prawie się pobeczałam! Nom.. sentymentalna się robię na starość. Eh.

------------------------------------------------------------------------------------------------------
Afrykańskie kibelki: stan: 3730 zł. (bardzo dziekuje mamie-to-be;)))


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]